Views: 59
– Kochanie, ale po co mamy płacić za nocleg? – zapytał mój mąż, pakując do bagażnika zwinięty namiot. – Rozbijemy się gdzieś nad jeziorem, jak za dawnych lat. Będzie spokojnie, bardziej klimatycznie i za darmo! Daj się trochę ponieść fantazji! – zachęcał.
Już wtedy miałam pewne wątpliwości, ale on tak się na to napalił, że trudno było mu przemówić do rozsądku. No i też nie chciałam wyjść na taką, która straciła już w sobie całą spontaniczność.
Jeszcze był maj, więc noce chłodne, ale prognozy zapowiadały wtedy słoneczny weekend. Już wcześniej chcieliśmy wyrwać się na dwa dni nad jezioro Drawsko, ale ja wyobrażałam sobie przytulny domek albo chociaż pole namiotowe z porządnym zapleczem. Mąż miał jednak inną wizję. Cóż, zawsze był trochę szalony.
– Magda, daj spokój, przecież mamy namiot. – mówił – Czy musimy jak wszyscy wygodni turyści bujać się po domkach za parę stów za nockę?
– Yhm – mruknęłam bez przekonania. – Ale przynajmniej warunki mielibyśmy pewne, a dziki nocleg pod namiotem.. Adaś, to mi nie brzmi za dobrze.
– Oj nie przesadzaj. Poczujmy trochę, że żyjemy, zrób coś innego.
Zgodziłam się niechętnie i… jak się później okazało, wcale jednak z tym moim marudzeniem nie przesadzałam.
Na miejsce dotarliśmy wczesnym popołudniem. Jezioro Drawsko wyglądało dokładnie tak, jak powinna wyglądać piękna woda na początku sezonu. Cisza, mało ludzi, błyszcząca w słońcu tafla jeziora – ach, coś pięknego. I jeszcze te lasy ciągnące się aż po horyzont. Po krótkim spacerze znaleźliśmy spokojny kawałek terenu między sosnami.
– Idealnie – stwierdził ze stuprocentową pewnością mój mąż. – Oto i nasze miejsce kochanie!
Nie wiedziałam, skąd w nim ten duch trapera, ale… nie komentowałam. Rozbiliśmy namiot, a potem przez kilka godzin włóczyliśmy się po okolicy. Zjedliśmy późny obiad, posiedzieliśmy nad wodą i obserwowaliśmy zachód słońca. Nawet zrobiło się romantycznie. Wieczór był tak przyjemny, że zaczęłam wierzyć, iż ten pomysł faktycznie miał sens.
Pierwsze problemy pojawiły się jednak już po zmroku.
Kiedy weszłam do namiotu i rozciągnęłam się na karimacie, od razu poczułam pod plecami coś twardego. Przesunęłam się kawałek. Jeszcze gorzej. Przesunęłam się w drugą stronę. Tam również.
– Co jest? – zapytał mąż.
– Las chyba jest. – odparłam.
– Że co?
– Adaś, dosłownie czuję cały las pod plecami. Zebrałeś szyszki i kamienie zanim rozbiłeś namiot?
Mąż położył się obok i przez chwilę milczał.
– Faktycznie, mogłem to pominąć.
– No pięknie. Nie wiem czy taki masaż pleców mnie urządza.
Nasze karimaty były cienkie, a do tego teren, który wybraliśmy wyglądał na równy tylko z daleka. W rzeczywistości pod namiotem znajdowały się pewnie i jakieś korzenie, które najwyraźniej postanowiły uczestniczyć w naszym noclegu.
Przez następne kilkanaście minut oboje próbowaliśmy znaleźć wygodną pozycję. Bez powodzenia. Już naprawdę wolałabym zapłacić za nocleg po takim miłym dniu, a nie wiercić się z boku na boku. Czułam, że rano będzie mnie wszystko boleć.
W końcu jednak jakoś zasnęłam, ale… nie na długo. Obudziłam się w środku nocy z uczuciem przejmującego zimna. Spojrzałam na telefon. Była dokładnie druga w nocy.
Przez chwilę nie wiedziałam nawet, co mnie wybudziło. Potem zrozumiałam.
Było potwornie zimno! Wieczorem temperatura wydawała się przyjemna, ale nocą spadła znacznie bardziej, niż się spodziewaliśmy.
– Śpisz? – szepnęłam do Adama.
– Nie. – mruknął.
– Też marzniesz?
– Trochę, prawie nie czuję lewej nogi. – przyznał.
– Przysuń się bardziej – powiedziałam, a potem narzuciliśmy na siebie jeszcze wszystkie ubrania z bagażu. Dużo tego nie było, w końcu planowaliśmy tu tylko jedną noc.
Przez chwilę leżeliśmy w ciszy, mocno się do siebie tuląc. Wreszcie szczękanie zębów ustało, ale zaraz potem usłyszeliśmy jakiś szelest. Gdzieś niedaleko, jakby zaraz przy namiocie. I jeszcze jeden, a ten drugi wydawał się dwa razy głośniejszy.
– Co to było? – zapytałam nerwowo.
– Pewnie nic.
– Bardzo konkretna odpowiedź, świetnie – zirytowałam się.
– Ale co, mam być szczery? – fuknął mąż.
– Nie wiem. Twoja wyobraźnia mnie czasem wkurza. – przyznałam.
Szelest powtórzył się znów, a potem usłyszeliśmy trzask łamanych gałęzi. Aż przeklęłam pod nosem.
– Może to sarna. – szepnął Adam uspokajająco.
– A może to wielki dzik. – jęknęłam.
– Nie dramatyzuj, proszę, zaraz sobie pójdzie.
Miałam ochotę go czymś zdzielić, ale wolałam nie hałasować. Leżeliśmy przez kilka minut zupełnie nieruchomo, wsłuchując się w odgłosy lasu. Dopiero później hałasy ucichły, ale sen nie wrócił. Za duże nerwy.
– Plecy mnie bolą. – sapnął mąż.
– No coś takiego – sarknęłam – Przecież śpimy sobie na wygodnym materacu, w cieplutkim domku nad jeziorem.
– Nie musisz ironizować – obruszył się, ale dodał: – Myślisz, że w samochodzie byłoby wygodniej?
– Sto razy!
– Chodź, zbieramy się stąd i idziemy do auta – rzucił zdecydowanie, a ja nie zamierzałam protestować.
W blaszanej puszce na pewno było bezpieczniej. Zabraliśmy wszystko, czym można się było przykryć i zmieniliśmy lokal. Cudem zasnęłam w ciasnocie samochodowego fotela, ale przynajmniej korzenie już mi się nie wbijały w plecy, a mała przestrzeń szybciej się od dwóch dorosłych osób nagrzała. No i w aucie żaden zabłąkany dzik nam nie groził.
Nad ranem obudziło mnie światło wpadające przez szybę samochodu. Otworzyłam oko i przez chwilę zdumiona siedziałam bez słowa. Adam zaparkował tak, że właśnie miałam widok na budzące się do życia jezioro.
Nad wodą unosiła się niesamowita mgła, a pojedyncze ptaki przelatywały nad nią wysoko. Gdzieś przy brzegu jakiś mężczyzna wsiadał do małej łódki i wypływał na wodę. Zniknął we mgle jak duch, ale patrzyło się na to fantastycznie.
Po chwili obudził się i Adam. Jęknął coś i już wiedziałam, że wyglądał tak samo źle, jak się czuł.
– Jak się spało kochanie? – zapytałam nie bez złośliwości.
– Błagam, nie zaczynaj.
Roześmiałam się tylko, ale i on uniósł kąciki ust.
Siedzieliśmy później na pomoście z kubkami gorącej kawy, którą Adaś przygotował przed namiotem i próbowaliśmy dojść do siebie po najgorszej nocy tej wiosny.
– Wiesz co? – odezwał się w końcu mąż. – Chyba jednak rozumiem, dlaczego ludzie płacą za noclegi.
– Naprawdę?
– Tak.
– Eureka, zanotuję tę datę w kalendarzu. – prychnęłam.
Kiedy wracaliśmy do domu, oboje byliśmy zgodni tylko w jednej kwestii – następnym razem zabieramy porządny materac. I dobrze patrzymy na to, gdzie rozkładamy namiot – o ile w ogóle jeszcze z niego skorzystamy.
I żadnych noclegów na dziko!
Wspomnienia z wypadów nad jezioro, Magda K. maj, 2026









